Przed spotkaniem autorskim organizowanym przez grupę FotoBzik, które miało miejsce 24 października 2012 roku, pan Paweł Pierściński udzielił unikalnego wywiadu Gabrieli Szewczyk.

Zachęcamy do lektury tego wyjątkowego tekstu.

„W moim życiu fotografia jest wszystkim”

Czy Pan uważa się za człowieka szczęśliwego?

To jest bardzo skomplikowane. Pojęcie szczęścia jest tak trudne, że wybitni filozofowie męczyli się z tym. Miałem okazję wielokrotnie spotykać się z prof. Tatarkiewiczem i rozmawialiśmy o różnych wartościach, również o szczęściu. On opracowywał takie książki. Ja myślę, że nie tak powinno być postawione pytanie. Tylko pytanie powinno być takie – czy ja czuję się spełniony, czy osiągnąłem to, co sobie zamierzyłem.

Zadałam to pytanie dlatego, że uważa się, że twórczość jest poszukiwaniem szczęścia. Czy w Pana przypadku można to odnieść do fotografii?

Można przyjąć, że to jest prawda, ale nie tylko. Tworzenie jest jednocześnie ciężką pracą. Ciężką pracą – mówię to z całą premedytacją, ponieważ nie za bardzo wierzę w wybuchy talentu, w jakieś objawienia, olśnienia. To jest zupełnie inny proces. Z jednej strony twórczość jest czymś bardzo pięknym i budującym sferę człowieka, a z drugiej strony musi być poparta pracą. Nie wierzę w przypadki. Przypadki się zdarzają, ale tylko tym, którzy na nie zasługują.

Jaki jest Pana osobisty stosunek do fotografii?

W moim życiu fotografia jest wszystkim – tak to trzeba ocenić. Postarałem się to wyłożyć w książce O obecności w fotografii i nie tylko. Opisałem tutaj wszystkie dziedziny, które składają się na moją aktywność związaną z fotografią, niekoniecznie fotograficzną.

Jest Pan wybitną postacią.

Dlaczego Pani mnie tak poniewiera?

Pańskie prace wiszą w największych muzeach na świecie.

Wiszą.

 W tym w jednym z najważniejszych muzeów – Muzeum Sztuki Współczesnej Puszkina w Moskwie.

Wiszą.

Zastanawiam się, czy czerpie Pan większą przyjemność z samego fotografowania, czy z pokazywania swoich prac.

Z przyjemnością to nie ma nic wspólnego. Od samego początku wiedziałem, że nie będę robił zdjęć do szuflady, że będę chciał podzielić się tymi pracami z innymi ludźmi. I to rzeczywiście sprawiało mi wielką satysfakcję, kiedy moje fotografie zaczęły się pojawiać na wystawach, w gazetach, w książkach. Później tak już zostało, że odczuwałem niezbywalną potrzebę dzielenia się swoim dorobkiem ze wszystkimi ludźmi. Na tym to polega. Moment kontaktu z widzem jest dla mnie bardzo ważny.

Czy opowie Pan, jak Pańskie prace trafiły do Puszkina?

To jest bardzo skomplikowane. Muszę opowiedzieć to od początku.

Bardzo proszę.

Na początek, jako młody człowiek, zostałem wiceprezesem Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego w Kielcach. Pamiętam datę, to był rok 1961, jeszcze studiowałem w tym czasie i zostałem wiceprezesem do spraw artystycznych. Wprowadziłem tam niesłychany reżim pracy. Wzorowałem się na warunkach, które sprawdziłem w pracy grupy studenckiej. I tu znowu się coś zazębia – byłem jednym z członków grupy Stodoła 60, która wypracowała bardzo oryginalny sposób działania. Członkowie umówili się demokratycznie, że co tydzień każdy przyniesie pracę, ale nie wglądówkę, nie negatyw, tylko gotową pracę formatu 30×40, którą można wysłać na wystawy. I to rzeczywiście się udawało. Na początku było tych osób około dwudziestu, ale nie wszyscy wytrzymali to tempo. Co tydzień powstawało co najmniej 10 prac. Były one dyskutowane, po czym wybierano zdjęcia na wystawy i następnego dnia je wysyłano i w kraju i zagranicą. To było mordercze tempo, ale Ci, którzy wytrzymali, wszyscy są członkami Związku Polskich Artystów Fotografików. To był mój poligon, na którym nabrałem przekonania, że każda aktywność twórcza jest cenna pod warunkiem, że jest rozwijana, że jest intensywnie i bardzo konsekwentnie prowadzona.

Pozwolę sobie tu na pewną wycieczkę. To były czasy, kiedy krajobraz był w Polsce tępiony. Mogę to stwierdzić z całą odpowiedzialnością, bo ja byłem przy tym, jak tępiono krajobraz. Działania pejzażystów były albo lekceważone albo pomijane. Ten stan utrzymuje się do dziś. Krajobraz nie zasłużył na to, żeby być wielką sztuką. Nie ma nic łatwego w żadnym temacie. Jeśli chce się coś zrobić dobrze, to musi to być poparte wielką pracą. To jest cała mądrość. A ja, jako młody człowiek, chciałem fotografować właśnie krajobraz.

Dlaczego?

I znowu zaczynamy się cofać. W krajobrazie odkryłem struktury matematyczne. To było coś, co dla młodego człowieka było wielkim odkryciem i ja nie chciałem z tego rezygnować. Poletko wyorane w kształcie dzbana iłżeckiego, to było pierwsze zdjęcie. Nastąpiły kolejne poszukiwania struktur matematycznych, ale już świadome. Znalazłem sinusoidę, trapezy, trójkąty, prostokąty, a nawet kwadraty. Tutaj muszę powiedzieć, że kwadrat, który ja znalazłem w polach, jest dla mnie czymś więcej niż kwadrat Malewicza, bo to jest realne dotknięcie przestrzeni.

A wracając do Puszkina…

Pani z uporem pyta mnie o tego Puszkina. W pewnym momencie udało mi się uruchomić działania ekspozycyjne w Kielcach. Świętokrzyskie Towarzystwo Fotograficzne zorganizowało Biennale Krajobrazu. To już był moment, kiedy Kielecka Szkoła Krajobrazu była znana w kraju. Wymyśliłem, że nasze fotografie powinny zostać ulokowane i stworzyłem cały system przekazywania fotografii do różnych zbiorów. Często wysyłaliśmy prace na wystawy zagraniczne tylko po to, żeby uzyskać katalogi wystaw i dowiedzieć się, co się dzieje na świecie. Prace Kieleckiej Szkoły Krajobrazu trafiły do wielu zbiorów w kraju i zagranicą. A sprawa muzeum w Moskwie była sprawą szczególną. Otóż zbiór polskiej sztuki trafił tam w jubileusz Państwa Polskiego. W tym zbiorze, nie wiem, czy przypadkowo, czy nie, znalazły się fotografie kieleckie i oni zakwalifikowali te zdjęcia do zbiorów stałych, nie pytając nas o to, czy się zgadzamy, ale, oczywiście, było nam miło. Później zorganizowano wystawę poświęconą nowym dziełom w zbiorach muzeum i po latach koledzy z Ukrainy i z Bułgarii powiedzieli mi, że odwiedzili tę wystawę i że byli dumni z tego, że te fotografie są w zbiorach muzeum sztuki współczesnej. To były zbiory, które zainicjowały w ogóle dział fotografii artystycznej. Oni uważają, że to był wielki sukces polskich fotografów.

Wielokrotnie mówił Pan, że fotografia powinna być jak kobieta – piękna, mądra i interesująca. Jak ważne jest dla Pana piękno samego obiektu?

Ja myślę, że nie ma potrzeby takiego dzielenia. Obiekt może być piękny, obiekt może być brzydki, ale z tego może powstać piękna fotografia.

Utworzył Pan w Kielcach Grupę Roboczą, dlaczego nie artystyczną?

Dlatego, że wypróbowałem metodę pracy w grupie Stodoła 60 i w momencie jak powołałem Grupę Roboczą, to był rok 1962, nazwałem ją tak dla odróżnienia od tego, co działo się w Polsce. Wszystkie stowarzyszenia fotograficzne organizowały grupy artystyczne, a ja chciałem podkreślić, że to nie chodzi o artyzm, ponieważ to były często jałowe dociekania, które przeszły bez echa. Chciałem, żeby to była grupa robocza, która zajmuje się dokumentacją polskiego krajobrazu rolniczego. Fotografia musi informować o ludziach i ich środowisku. Wówczas jest to mądra, intelektualna rzecz, a nie zabawa przypadkowymi elementami. Fotografia musi przede wszystkim mieć walor dokumentalny. Nigdy nie oszukiwałem ludzi – róbcie fotografię artystyczna – bo takie oszukiwanie nie ma najmniejszego sensu. Ja nigdy nie oszukiwałem, a tym bardziej młodych ludzi. Kiedy byłem młodym człowiekiem, to mnie starsi koledzy, bardziej doświadczeni, oszukiwali w sposób niemiłosierny. Kłamali na każdym kroku, ale ja to sam weryfikowałem, wiedziałem, że jestem zdany tylko na własny umysł. Sam wymyślałem tematy do rozwiązywania i sam je rozwiązywałem. Byłem samotnikiem i samoukiem. W tamtych czasach to było dosyć normalne. Wiele osób pisało, że są samoukami, wielu się wstydziło. Ja się nie wstydziłem.

Podkreśla Pan wagę rzemiosła.

Nie.

Nie?

Ja Pani powiem, co ja najbardziej cenię. Cenię aktywność jednostki. Jeżeli jest aktywność, to jest wszystko. Taka jednostka musi pracować, myśleć o tym, co robi. Aktywność jest najważniejsza. Dlatego cenię każdy przejaw aktywności twórczej.

A jaką rolę w tym wszystkim odgrywa sam aparat?

Przeżyłem kilka przełomów fotografii i każdy taki przełom kosztował mnie wymianę całego sprzętu i wyposażenia laboratoryjnego. Moim zdaniem każdy aparat, który jest technicznie sprawny, może posłużyć do wykonania fotografii.

Poprawnej, ale czy zachwycającej?

Nawet może zachwycającej. Dlaczego teraz jest takie zainteresowanie techniką fotografii otworkowej, czy kolodionu? Przecież to są dosyć prymitywne rzeczy. A jednak mogą służyć do tworzenia pięknych obrazów. Dederko, z którym się przyjaźniłem zachęcał mnie do zajęcia się gumą. Specjalnie dla mnie organizował spotkania w ciemni, ale mnie technika gumy nie pociągała, nie była odpowiednia do moich celów. Chętnie uczestniczyłem w tych spotkaniach, ale sam się tym nie zająłem. Inne sprawy w fotografii mnie interesowały.

Porozmawiajmy chwilę o Pańskich fotografiach. Zresztą zdjęcie, które jest na okładce książki Światło i cień w fotografii Dederki jest Pańskiego autorstwa.

To zdjęcie to nie przypadek. Jest wymyślone przeze mnie i przeliczone, oczywiście tylko schematycznie. Później zacząłem sprawdzać efekt w rozmaitych warunkach. Wykonałem około stu zdjęć, ale wybrałem tylko jedno, które było wykonane w bardzo szczególnych warunkach. Była to zima, w powietrzu unosił się rój drobnych kryształków lodu i ten rój spowodował, że efekt powiększył się, stał się pełniejszy. To zdjęcie jako jedyne było pokazywane z całego cyklu.

A skąd się wziął pomysł na fotokolaże i fotomontaże?

Krajobraz świętokrzyski zbudowany jest ze zbliżonych do siebie form, ale nie jednakowych – małych elementów w wielkim krajobrazie świętokrzyskim. Ja chciałem sprawdzić, co by się stało, gdyby to były jednakowe fragmenty. Moje fotomontaże pól są zbudowane na tej zasadzie, one składają się z jednakowych cząsteczek. Chciałem zobaczyć, jak można z jednakowych cząsteczek zbudować krajobraz i jaki on będzie w stosunku do tego naturalnego pejzażu świętokrzyskiego.

Często Pan eksperymentował tworząc?

Każda poważna sztuka musi mieć ten moment, kiedy następuje eksperyment, kiedy tworzy się coś niezwykłego. Czyli ten eksperyment jest przynależny do każdej prawdziwej twórczości. Nie ma twórczości bez eksperymentu.

Czy to jest możliwe, żeby powiedział Pan, co zaprowadziło Pana do miejsca, w którym Pan jest teraz?

Pracowałem nad każdą fotografią, każdym moim dzieckiem. Starałem się o parę rzeczy: po pierwsze, o to, żeby moje fotografie wyglądały jak normalne fotografie. Po drugie, o to, żeby w tych fotografiach było jednak coś więcej, żeby one miały drugie dno. Starałem się wkładać w to serce, duszę i pracę. Ja wiem, że nie wszystko udało się zrealizować, ale w moich warunkach finansowych, to było wszystko, co mogłem zrobić. Od pewnego czasu nie zaczynałem żadnych nowych tematów, ponieważ zdaję sobie sprawę, że to pociąga wielkie wydatki finansowe.

A talent?

Talent dla mnie nie ma większego znaczenia. Ja starałem się uczciwe wykonywać to, co zamierzyłem i to mi się udało.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również dziękuję.

 

Z Pawłem Pierścińskim rozmawiała Gabriela Szewczyk.

Wywiad fotograficznie udokumentowała Karolina Moskała.

Serdecznie dziękujemy obu Paniom, rewelacyjna robota 🙂

Iza Zdziebko