Wywiad z Adamem Pańczukiem


Są fotografowie, którzy uzurpują sobie, że coś obiektywnie jest takie jak pokazują. Ja wiem, że tak nie jest… nie udaję prawdomówności fotografii dokumentalnej.

Kiedy zacząłeś fotografować?

W ósmej klasie podstawówki miałem „małpkę” i mój kolega śmiał się, że Pańczuk zrobił wszystkie krzywe zdjęcia klasowe. W liceum fotografowałem, po maturze z matematyki zdjąłem białą koszulę i poszedłem nawijać filmy. Szybko zacząłem podróżować. Pojechałem kiedyś z kolegą do Izraela, chcieliśmy zrobić wspólny materiał. On miał pisać tekst, ja miałem robić zdjęcia. W sumie nie wiedzieliśmy, o czym to ma być. Pojechaliśmy na targ Beduinów i zrobiłem tam nazwijmy to reportaż, było bardzo malowniczo, świt, Beduini sprzedający owce, kozy, dużo kurzu. Zdjęcia zaniosłem do Rzeczpospolitej i tam mi powiedzieli, że to jest ani dobre, ani złe. To mi dało do myślenia – jeśli mam robić zdjęcia, to czegoś takiego nie chcę więcej słyszeć.  Kolejny rok poświęciłem na oglądanie zdjęć i zastanawianie się jak były zrobione i dlaczego fotograf tak, a nie inaczej to pokazał, dlaczego w tym miejscu stanął, zacząłem sobie wyobrażać jak ja bym to zrobił. Później byłem w stanie szybko ocenić sytuację, co ma być na pierwszym planie, co na drugim , potrafiłem błyskawicznie skomponować obraz z tego, co miałem na żywo. Średnio raz na tydzień oglądałem jeden fotoreportaż.

 IMG_ (21)

Taki trening się przydaje?
Tak, choć natłok produkcji fotograficznej i różnych projektów sprawił, że zaczęły mi się podobać rzeczy bardziej konceptualne i przemyślane. Ostatnio nagminne jest to, że ktoś pokazuje mi serię swoich zdjęć, które są formalnie bardzo spójne, super zakomponowane, miękkie światło, piękne kolory, idealne twarze, ale on nie potrafi powiedzieć, o czym te zdjęcia są i dlaczego je zrobił. Tylko punktowe rzucanie jakichś haseł z różnych dziedzin. Tyle jest obrazów w koło, ludzie to czerpią, bo to im się podoba, ale ich wypowiedź polega na przemieleniu przez siebie bodźców wizualnych i zrobienie czegoś, ale nie wiadomo, czego i po co. Ja wiem, że wiele rzeczy jest bardzo intuicyjnych, ale sfera czucia powinna przechodzić w sferę nazwania, świadomości.

Po co Ty fotografujesz?
Bo mam potrzebę wyrażenia czegoś, a po części też zrozumienia tego. To nigdy nie jest tak, że jak zaczynam robić zdjęcia, to z góry wiem wszystko, wiem jak to będzie wyglądało, nigdy nie fotografuję też pod tezę – to ma być tak i tak i tego szukam. To jest poznawanie z aparatem.

Jest jakieś miejsce, do którego być nie pojechał robić zdjęć?
Na front bym nie pojechał. Nie jestem na to gotowy. Doskonale rozumiem ludzi, którzy jadą i mają takie poczucie misji. Ja, wiem, że bym się nie odnalazł. Kiedyś myślałem inaczej, ale teraz wiem, że nie.

IMG_ (19)
Co się zmieniło?
Dojrzałem i widzę, że nie jestem w stanie tego sumiennie zrobić. Poza tym, jeśli nie ma się odpowiedniego wsparcia i redakcji za sobą to robienie zdjęć na terenach działań zbrojnych jest ogromnym ryzykiem, a jeśli jeszcze ma się ograniczony budżet, to oszczędza się na przewodnikach, na kierowcach, na fikserach, na wszystkim.

Miałeś moment przełomowy, w którym, mimo, że robiłeś wcześniej zdjęcia, to otworzyły Ci się oczy na fotografię, czy samo użycie medium, jakim jest aparat?
Tak, były takie dwa momenty. W 2005 roku zrobiłem cykl Aktorzy, który jest w książce Karczeby. To były typowo kreacyjne zdjęcia, ale dopiero po kilku latach uświadomiłem sobie, że to też jest dokument. Zdałem sobie sprawę, że mogę łączyć moją obserwację z moją ingerencją i to w ogóle nie ujmuje temu, co chciałem pokazać. Dzieje się wręcz przeciwnie, ponieważ nie udaję prawdomówności fotografii dokumentalnej. Są fotografowie, którzy uzurpują sobie, że coś obiektywnie jest takie jak pokazują. Ja wiem, że tak nie jest. Wystarczy o kilka centymetrów przesunąć obiektyw, czy w odpowiedniej chwili nacisnąć spust migawki i już mamy coś innego. To jest tylko i wyłącznie interpretacja i jak to do mnie dotarło, to zacząłem robić portrety, które później z pomocą Kazika, reżysera Wiejskiego Teatru Obrzędowego, nazwałem Karczeby. Te zdjęcia są moje i szczere, a połączenie fotografii dokumentalnej z elementami kreacji pozwoliło jedynie pewne rzeczy podbić i wydobyć. Wcześniej na tej wsi fotografowałem tylko reportersko i jak później oglądałem ten materiał, to okazywało się, że one nie pokazywały tego, co chciałem.

Co chciałeś pokazać?

Początkowo interesowały mnie przemiany na wsi – Polska wówczas wstąpiła do UE i wiedziałem, że finanse, które będą szły z dopłat, zmienią wieś. Zależało mi, żeby uchwycić to, co pamiętałem z dzieciństwa, kiedy odwiedzałem babcię. Wiedziałem, że to jest ostatni moment. Zacząłem fotografować wszystko, co mi się na wsi napatoczyło i w pewnym momencie było tego aż tak dużo, że stwierdziłem, że nie jestem w stanie tego rzetelnie zrobić.  Jak zastanawiałem się, co tam jest takiego, co mnie ciągnie, to był to związek człowieka z ziemią. To, że ziemia wyznacza rytm, że ziemia jest dużo bardziej obecna w życiu ludzi na wsi i taka odczuwalna, niż człowieka w mieście, gdzie to się zaciera. To nie zmienia faktu, że człowiek jest bardzo od niej zależny, bo trzęsienia, wszystkie kataklizmy, to jednak ma wpływ na ludzkie życie.

Książka „Karczeby”, w której znajdują się twoje fotografie wykonane na wsi dostała się na The Paris Photo-Aperture Foundation Photobook Awards 2013 w kategorii First Photobook of the year. Wydałeś tę książkę własnym sumptem, planujesz kolejne?

Myślę teraz o Very hidden people. Zobaczymy, to jest kwestia tego, że jeśli pójdzie sprzedaż książki Karczeby, to będę miał na wydanie kolejnej. To jest trudne z wielu względów, również finansowych.  Trzeba dzielić czas na zarabianie i czas na swoje rzeczy.

IMG_ (14)

Jak ci się to udaje?

Był taki czas, kiedy w jednym tygodniu miałem po trzy sesje. Przestraszyłem się, że jak to ma tak wyglądać, to jednak chcę robić swoje rzeczy. Teraz to się bardzo naturalnie rozkłada, trochę uczę, sprzedaję odbitki, plus komercyjne rzeczy. Bardzo pomocny jest też Sputnik. Wiele rzeczy, które robimy ze Sputnikiem, a na które mamy dofinansowanie, ma kontynuację w indywidualnych projektach.

Jak długo dokumentowałeś „Very hidden people”?
Około miesiąca, ale pracowałem wówczas z pisarzem islandzkim – on znajdował bohaterów i razem do nich jeździliśmy.
Uwierzyłeś w elfy?
Uwierzyłem, że ludzie wierzą w elfy. Jeżeli ktoś mi mówił, że widział i to jest jego świat, to ja nie miałem podstaw, żeby to negować.
A zobaczyłeś coś przekonującego?
Tak, drogę, która prowadzi przez góry. Jeśli w tych górach jest „dom elfów”, to budowana jest obwodnica, ponieważ nie można poprowadzić tam tunelu. Krążą legendy o tym, że ktoś zginął, albo został kaleką, próbując wysadzić te skały. Kiedy już byłem na Islandii i zrobiłem pierwsze zdjęcia, to zastanawiałem się, co ja w ogóle robię, jakie to jest absurdalne i jak ja z tego wybrnę. Próbowałem przełożyć to na polskie warunki – to tak, jakbym robił materiał o Matce Boskiej. Część zdjęć powstała o drugiej w nocy w czasie białych nocy. Światło było doskonałe, a ja się nie musiałem śpieszyć. Biłem się z myślami, ale przyroda, ci ludzie, światło, wszystko jakoś się złożyło na to, że ta tajemnica pojawiła się na zdjęciach.
Sam wykonujesz odbitki na wystawy?

Raczej skanuję i robię wydruki. Kiedy robiłem dyplom w 2005 roku, a pracownię miałem u rodziców, to sąsiad, jak ja wchodziłem do ciemni, miał fundamenty domu, jak ja skończyłem robić osiem odbitek z tonowaniem na wystawę, to on miał już dach postawiony.  Negatywy miałem prześwietlone o dwie trzy przysłony, bo przyciął mi się światłomierz, pracowałem na przeterminowanym papierze i czasy naświetlania były po kilka godzin. Czasami półtorej dnia robiłem same próbki. Moja mama pytała mnie, co to za zawód, bo myślała, że ja całe życie tak będę.

Powiedziałeś, że nie chcesz słyszeć, że Twoje prace są nijakie. Co słyszysz teraz?
Negatywne opinie do mnie nie docierają, a pewnie są. Widzę po zainteresowaniu, po publikacjach, po tym jak moje projekty żyją, że to jest czytelne i że sposób, w jaki ja fotografuję ludzi działa. Jeśli w USA, Chinach, czy Korei ludzie chcą oglądać to, co ja lokalnie zrobiłem w Polsce, to znaczy, że to jest na tyle uniwersalne, że praktycznie na każdym kontynencie jest czytelne.
Adam Pańczuk (ur. 1978) mieszka w Warszawie. Studiował na Akademii Ekonomicznej i na Wydziale Komunikacji Multimedialnej ASP w Poznaniu. Był stypendystą Ministerstwa Kultury. Członek kolektywu Sputnik Photos. Zdobywca wielu prestiżowych nagród.

 

Z Adamem Pańczukiem rozmawiała Gabriela Szewczyk.

Fotografie wykonała Karolina Moskała.