Portret kolodionowy

Michał Sitkiewicz, fotograf, założyciel „52 STUDIO” – studia ambrotypii, opowiada o dziewiętnastowiecznej technice fotograficznej i sztuce portretowania.

Jak powstaje fotografia kolodionowa?

Fotografia kolodionowa powstaje w najprostszy sposób, jaki można sobie tylko wyobrazić – nie potrzeba do tego żadnych specjalistycznych technologii. Wystarczy mieć odrobinę  odczynników chemicznych i chęci.

Proporcje chemii, którą stosujesz, są identyczne z pierwszymi recepturami?

W samym XIX wieku były setki formuł kolodionowych dla poszczególnych odczynników – dla kolodionu, wywoływacza, utrwalacza. Wariacje były różne. Tak samo ja poprzez doświadczenie tych kilku lat, kiedy zajmuję się kolodionem, dobrałem sobie swoją formułę – kolodion jest według mnie najlepszej gęstości, jest szybki, czyli wymaga względnie krótkich czasów naświetlania. Już od jakiegoś czasu używam tej samej chemii, pracuję na tych samych odczynnikach, ale to było dobierane latami.

Czy coś jeszcze uległo zmianie? Czy płyta, na której powstaje zdjęcie, musi być szklana?

Kiedyś używano płyt szklanych, ale też płyt metalowych do ferrotypii i tintypii. Czerniono je związkami asfaltu i robiono bezpośrednie ambrotypy, czyli obrazy pozytywowe na czarnym metalu. Negatywy kolodionowe wykonywano na przeźroczystym szkle. Nie było czarnego szkła. Teraz używa się również pleksi. Same odczynniki też się zmieniły – są znacznie bezpieczniejsze, np. jako utrwalacza używa się cały czas cyjanku potasu, ale większość fotografów kolodionowych stosuje w tym momencie tiosiarczan sodu bądź tiosiarczan amonu.

Jak długo utrzymuje się tak uzyskany obraz?

Wiadomo, że utrzymuje się 160 lat i to jest na razie maksimum, o jakim możemy wiedzieć. Badania udowadniają natomiast, że jest to bardzo trwały obraz, zabezpieczany zazwyczaj werniksem, ale można nawet używać politury czy lakieru do drewna.

Dużo pisze się o tym, że kolodion uzależnia.

I owszem, są tam związki, które mogą  fizycznie uzależniać, natomiast jest to bardziej traktowane z przymrużeniem oka niż na serio – mówię tutaj oczywiście o eterze. Jeśli chodzi o mnie, to jestem uzależniony od obrazu.

Powiedz mi, jak zdobywasz eter? W Internecie są fora, gdzie można znaleźć porady, jak go kupić. Podobno trzeba mieć zaświadczenie, że jest się posiadaczem samolotu z odpowiednim silnikiem lub mieć jakieś boczne dojście do szpitala. Masz z tym jakikolwiek problem?

To jest bardzo zabawne. Ja też słyszałem, że na zakup bromku kadmu należy mieć zezwolenie ministra obrony narodowej, ponieważ można wyprodukować z tego bombę. Oczywiście, jeśli kupuje się to w tonach to tak. Nie wiem, nie sprawdzałem tego, przyznam się szczerze. Eter dietylowy, bo z takim mamy tutaj do czynienia, jest dostępny w każdym sklepie z odczynnikami. Owszem, jego sprzedaż jest reglamentowana na tyle, że należy mieć firmę i jest sprzedawany na fakturę – sprzedaż eteru czy bromku kadmu jest ewidencjonowana, ale z nabyciem nie ma najmniejszego problemu.

Zastanawiam się na ile chemia rządzi fotografem kolodionowym w ciemni, a na ile on sam ma wpływ na zdjęcie. Wiem, że obraz może ulec dodatkowym zniekształceniom chociażby przez to, w jaki sposób obleje się płytę kolodionem. Nie mówię oczywiście tylko o błędach. Zastanawiam się, czy w ogóle można przewidzieć obraz, jeśli w grę wchodzi tyle zmiennych?

Jeśli chodzi o to, jak ogranicza chemia, to na początku na pewno była to duża przeszkoda. Trzeba było bardziej skupić się na samym procesie. W tym momencie to już odeszło na dalszy plan. Bardziej liczy się obraz. De facto doszedłem do tego etapu, kiedy to fotografia jest ważna. Sam proces sprawia wiele przyjemności i daje dużo możliwości. Kontrolowanie go pozwala mi nie przejmować się sprawami podstawowymi, a już bardziej skupić się na obrazie. Forma jest częścią składową zdjęcia, dlatego jej kontrola lub celowe pozbawienie się jej, ma ogromny wpływ na charakter fotografii.

Czyli jesteś w stanie przewidzieć obraz?

Tak, jak najbardziej. Większość podstawowych błędów już popełniłem, natomiast wciąż powstają nowe. To nie jest tak, że jak już wylało się dwieście płyt, to już można powiedzieć, że nic nas nie zaskoczy – absolutnie tak nie jest. Po wielu latach znajdzie się nagle coś, co pojawi się na płycie i robi się na to ogromne oczy.

Zdjęcia kolodionowe są niezwykłe, ale jest raczej niewielu fotografów, zajmujących się tą techniką, jak myślisz, dlaczego?

W Polsce fotografia kolodionowa rzeczywiście nie była do tej pory popularna – nie było takiej tradycji. W XIX wieku funkcjonowało zaledwie kilka, może kilkanaście zakładów fotograficznych, które zajmowały się tą techniką. Jest też niewiele polskich opracowań na ten temat, ale można je uzyskać w bibliotekach. Natomiast w Stanach Zjednoczonych mokry kolodion był i jest ogromnie popularny. Chociażby zdjęcia z wojny secesyjnej – w zdecydowanej większości są kolodionowe. Obecnie w Polsce technika mokrego kolodionu rozwija się w niezwykłym tempie. Kiedy ja zaczynałem, było zaledwie kilka osób. Teraz codziennie pojawia się ktoś, kto uzależnia się od tego obrazu i to jest fantastyczne.

Jak to się stało, że Ty się tym zająłeś?

Zaczęło się ciekawie. Zajmowałem się  fotografią otworkową. Chciałem nadać procesowi fotografii jak najbardziej osobisty charakter – zbudowanie aparatu i zrobienie materiału światłoczułego to jest coś, co daje jeszcze większe poczucie własności tego obrazu, jeżeli można w ogóle tak powiedzieć. Budowałem aparaty otworkowe i mój kolega powiedział mi – zbudowanie aparatu to nic takiego, obiektywu też, ale wykonanie emulsji światłoczułej to dopiero coś! Odpowiedziałem, że zrobię to i zacząłem szukać informacji. Po godzinach w Internecie zobaczyłem zdjęcia kolodionowe i od razu zauroczyły mnie te fotografie. Ponad pół roku zbierałem materiały. Oczywiście najpierw rozpocząłem poszukiwania osób, które się tym zajmują w Polsce. Okazało się, że jest ich jak na lekarstwo – znalazłem dwie, ale kontakt z nimi był utrudniony. Wyszukałem więc forum internetowe, na którym poznałem takie osoby jak Alexey Alexeev, Quinn Jacobson, Jody Ake. To oni pomogli mi przetransponować amerykańskie formuły z ich jednostek i chemikaliów na polskie realia. Na samym początku uderzyłem w mur niechęci sprzedawców właśnie eteru, bromku kadmu, czy jodku amonu, ale po jakimś czasie zaczęło się okazywać, że jednak można to kupić i nie ma z tym problemu. Po pół roku razem z moim kolegą z Gdańska rozpoczęliśmy pierwsze próby. To było jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. Właśnie się zorientowałem, że wczoraj minęły dokładnie trzy lata, od kiedy wylałem moją pierwszą płytę – 31 marca 2009 roku. Suma summarum, jestem samoukiem.

A jak teraz wygląda sytuacja, gdzie można się nauczyć kolodionu?

Ja prowadzę warsztaty. Wiem, że w Łódzkiej Szkole Filmowej i poznańskiej ASP też można się nauczyć. Jest teraz mnóstwo osób zarażonych kolodionem. Na pewno w Warszawie, Gdańsku, Toruniu, czyli u mnie i w Poznaniu są osoby, które uczą mokrego kolodionu.

Dlaczego zdecydowana większość tych zdjęć to portrety? Czy sama technika w jakiś sposób temu sprzyja?

Zastanawiałem się, dlaczego to akurat portret. Myślę,  że są trzy podstawowe powody. Po pierwsze, tradycja. W XIX wieku głównie portretowano ludzi, bo taka była moda. Ludzie bardzo chcieli siebie uwiecznić. Po drugie, wymóg bliskości ciemni – jest to fotografia studyjna. Poza tym człowiek w portrecie kolodionowym wygląda niesamowicie. Najbardziej charakterystyczne są oczy – nie jestem sobie w stanie wyobrazić bardziej głębokiego obrazu. Ja osobiście praktycznie nie robię zdjęć krajobrazowych kolodionem, rzadko kiedy nawet podejmuję takie próby.

Czy właśnie dlatego robisz portrety?

Nie tylko dlatego. Od zawsze fascynował mnie człowiek i motywy jego działania, a kolodion pomaga zajrzeć nieco głębiej.

Ludzie chętnie się portretują?

Nie.

Jak myślisz, dlaczego?

Zastanawiałem się nad tym. Wynika to pewnie z naszego zamknięcia. Portret to przede wszystkim proces. Wielu z nas ma kompleksy i nie chce się otwierać przed nikim tak do końca. Do tego dochodzi jeszcze strach, że wyjdzie się  niekorzystnie. Robimy sobie jedynie zdjęcia do dokumentów, co jest przymusem, ale to z portretem niewiele ma wspólnego. Kiedyś portretowałem znajomą – długo rozmawialiśmy, było dużo śmiechu i płaczu. Zrobiłem jej wtedy zdjęcie i największy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem od osoby portretowanej, usłyszałem właśnie od niej. Powiedziała, że czuje się na tym zdjęciu naga. Interesują mnie ludzie, nie ich pozy i takie portrety staram się robić.

Opublikowałeś to zdjęcie?

Nie.

Co miałeś na myśli, mówiąc, że kolodion pozwala zajrzeć głębiej?

Immanentną cechą tej techniki jest długi czas naświetlania, a jeśli chodzi o portret, to jest dla mnie bardzo istotne. Te kilka czy kilkanaście sekund, kiedy osoba portretowana musi pozostać nieruchomo, „penetruje” człowieka. Bardzo często skupienie się na bezruchu powoduje koncentrację myśli właśnie na tym, co uniemożliwia grę. To ułatwia szczery przekaz. Poza tym sam proces przygotowywania płyty czy wspólne wywoływanie i utrwalanie zdjęcia dają poczucie tworzenia czegoś wyjątkowego.

Z Michałem Sitkiewiczem rozmawiała Gabriela Szewczyk