Z niekłamaną przyjemnością prezentuję rozmowę Gabrieli Szewczyk z Pawłem Kulą.

Gabriela zgłosiła chęć pisania dla FotoBzik, a poniżej efekt jej pracy.

Poniższy tekst jest publikowany po raz pierwszy i można go przeczytać wyłącznie na stronie grupy FotoBzik.

Paweł Kula ukończył fotografię na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu oraz Studium „Top-Art” w Szczecinie. Głównym obszarem jego twórczości jest fotografia. Znany jest z licznych działań artystycznych i edukacyjnych (m.in. w ramach Stowarzyszenia Oswajanie Sztuki). Jest współautorem międzynarodowego projektu „Solaris”. Jego prace znajdują się w kolekcji Zachęty Sztuki Współczesnej w Szczecinie oraz zbiorach prywatnych.

O fotografii, „nieludzkim widzeniu” i przedmiotach magicznych z Pawłem Kulą rozmawia Gabriela Szewczyk

Zwróciłam uwagę na Twój zegarek, to pamiątka rodzinna?

Z tym zegarkiem jest taka historia, że zdobyłem go na targu staroci. Jest to zegarek analogowy. Nabyłem go całkiem niedawno od takiego starszego pana na rynku w Łodzi, ale dopiero po zakupie okazało się, że spóźnia się o około piętnaście minut na każde kilka godzin. Nigdy nie wiem tak do końca, która jest godzina. Już się przyzwyczaiłem, że co trzy-cztery godziny muszę go o te piętnaście minut przestawić.

Materiały do swoich eksperymentów też zdobywasz na pchlich targach?

Faktycznie, te aparaty, które buduję, są jakimiś bardzo dziwnymi przedmiotami. Najczęściej mają zmienione mocno funkcje, bo nie były wcześniej aparatami. Wystawki, śmietniki, wszystko, co ma potencjał na aparat – pudełko, które się zamyka, stara walizka, która się zamyka. Mnie to wtedy bardzo interesuje. Często te aparaty dryfują jeszcze, są wielokrotnie przerabiane. Czasami okazuje się, że są już tak przerobione, że w końcu lądują w koszu. Jest kilka takich obiektów, które zrobiłem dawno, ale które służą mi do dziś. Mam do nich sentyment i już bym ich nie przerobił.
http://youtu.be/YjuLfnKLwgI

W wywiadzie z Izą Zdziebko powiedziałeś, że w fotografii interesuje Cię to, co ulotne, efemeryczne. Myślisz, że świat w obiektywie wygląda inaczej?

Są wyraźne różnice pomiędzy tym, jak obraz jest rejestrowany na poziomie medium fotograficznego, a tym, jak my go możemy zarejestrować przy pomocy naszych zmysłów, naszego postrzegania psychicznego. Interesuje mnie ten potencjał, który pozwala zobaczyć „nieludzkie widzenie”. Dlatego też często mówię o granicznych stanach nie tylko w fotografii, ale też o granicznych stanach, które są związane z naszą percepcją – tym, co możemy tak naprawdę zobaczyć przy pomocy naszego zmysłu wzroku sprzężonego z aparatem interpretującym. Fotografia pierwotnie miała tworzyć obrazy takie, jakie my jesteśmy w stanie rozpoznawać, ale tak naprawdę jej potencjał jest o wiele szerszy. Pozwala rejestrować obrazy, które przekraczają naszą wyobraźnię.

Wiem, że zajmujesz się nie tylko fotografią analogową, ale też cyfrową. Widziałam Twoje zdjęcia dla PAP.

Widzisz, to jest ciekawa historia. Używam oczywiście fotografii cyfrowej, ale to nie są moje zdjęcia.

Nie, a czyje? Podpisane są Twoim imieniem i nazwiskiem.

Ludzi, nazywających się tak jak ja i zajmujących się fotografią, jest co najmniej czterech. Tajemniczy Paweł Kula, nigdy go nie poznałem osobiście, pracujący prawdopodobnie w Warszawie, zajmuje się reportażem prasowym. Zdarzyło mi się odpowiadać na maile z prośbą o jego zdjęcia dokumentalne i wtedy musiałem tłumaczyć – tak, nazywam się Paweł Kula, zajmuję się fotografią, ale nie jestem tym Pawłem Kulą. Kiedyś jeszcze inny Paweł Kula zadzwonił do mnie. Rozmawialiśmy, jak to zrobić, żeby się odróżnić. Doszliśmy do wniosku, że jak ktoś będzie drążył, to dojdzie do tego, że ja i on to nie jest jedna i ta sama osoba.

Czyli zdjęcia ślubne, które można znaleźć w Internecie, też nie są Twoje.

(śmiech) Nie, nie są. I to jest właśnie ten kolejny Paweł Kula, z którym rozmawiałem telefonicznie. A wracając do reportażu, to uważam, że jest to jedna z ciekawszych i trudniejszych form. Nie jest mi obce takie podejście do fotografii, jakie ma Paweł Kula z Warszawy, ale ja tak nie pracuję, nie robię takich zdjęć.

Masz receptę na udane zdjęcie?

Uniwersalnej recepty na udane zdjęcie nie mam. Zdjęcia trzeba robić świadomie, wtedy człowiek jest w stanie rozpoznać, czy są dobre, czy nie. Gorzej właśnie jak nie jest się świadomym całego medium i konwencji, jakimi w tym medium można operować. Osobiście uważam, że edukacja fotograficzna, nawet niekoniecznie w szkołach fotograficznych, ale w ogóle edukowanie się w tym kierunku jest bardzo ważne. Mnie się wydaje, że taką receptę każdy po jakimś czasie tworzy sobie sam.

Może też tworzy przypadek?

Tak, oczywiście, bo fotografia ma taki potencjał, że w granicach konwencji obrazu, czy konwencji kompozycyjnych jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że nawet osoba, która się tym nie zajmuje, zrobi niesamowite zdjęcie. I to jest właśnie bardzo fajna demokratyczna cecha fotografii, pokazująca, że każdy może się tym zajmować.
http://youtu.be/V9QPmXQaxCQ

Czyli myślisz, że każdy może robić zdjęcia?

Najczęściej wyciągamy aparat i robimy zdjęcie, kiedy jest jakiś szczególny powód, kiedy wydaje nam się, że powinniśmy coś jeszcze raz zobaczyć. Dzisiaj obserwuje się coś takiego, że sytuacja, którą fotografujemy jeszcze się nie skończyła, a my już podglądamy ją na monitorku. To jest taki ciekawy aspekt fotografii cyfrowej. Powiem szczerze, każdy może fotografować. (śmiech) Każdy może, nie każdy powinien – pozwolę sobie zażartować. Trzeba się od siebie dowiedzieć, po co się chce to robić, bo i tak jest już nadmiar obrazu – kolejne niczego nie zmieniają. Chociaż to nie sprawia, że ludzie przestają fotografować, wręcz przeciwnie, fotografuje się coraz więcej. Zastanawiam się nad tym pytaniem, bo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że ludzie w ogóle nie robią zdjęć, że ktoś podejmuje decyzję – ok, wiem, że fotografia istnieje, wiem, jakie są jej możliwości, ale ja nie będę robił zdjęć. Spotkałem jednak ludzi, którzy z jakichś względów nie fotografują siebie, albo nie robią określonych fotografii. W pewnym sensie to, jakie robimy zdjęcia wynika z naszej konstrukcji psychicznej, z tego, w jaki sposób zachowujemy się jako ludzie. Ktoś, kto chce się zajmować fotografią, musi posiadać umiejętność analizowania rzeczy, które zrobił. Musi oddzielać emocje, które towarzyszyły mu przy fotografowanej sytuacji od tego, co jest na zdjęciu. Ja cały czas to analizuję i taka weryfikacja jest mi bardzo potrzebna. Umiejętność rozpoznawania tego, co niepotrzebne powinna być na tyle dobrze rozwinięta, żeby umieć to bez wahania eliminować.

To chyba naturalna droga rozwoju.

Tak i wielu twórców też o tym mówi. To nie przychodzi od razu, ale to naturalna droga. Trzeba poddawać swoje prace ponownej weryfikacji i odrzucać ślepe uliczki. Trzeba być krytycznym wobec tego, co się robi.

A może masz w pamięci zdjęcie, do którego ciągle powracasz, które nigdy Ci się nie nudzi?

Bez końca mogę oglądać te najbardziej archaiczne fotografie, pochodzące z samych początków. Te wszystkie pionierskie działania są dla mnie czymś, co mi się nigdy nie znudzi. Potęguje to świadomość tego, jakie wówczas towarzyszyły ludziom stany mentalne. Przedmioty związane z fotografią były przedmiotami magicznymi. Każdy nakładał na to zjawisko dużą dozę doznań energetycznych – identyfikowania się z obrazem, albo niezgody na to, jak się wygląda. Właściwie do dzisiaj się to dzieje, tylko trochę inaczej.

Ogranicza się do niezgody na to, jak się wygląda.

(śmiech) Najczęściej tak. Są teraz nawet różnego rodzaju programy w aparatach do wykrywania uśmiechu, wykrywania twarzy. To jest bardzo komiczny kanał technologiczny.

Pamiętasz taki obraz czy zdarzenie, które uświadomiło Ci, że chcesz zajmować się fotografią na poważnie?

Zdjęcia zawsze były w domu, były albumy rodzinne i aparat. Mój ojciec bardzo często aranżował różne sytuacje, robił rodzinne ustawki, ale nie był zawodowym fotografem. Nie miał pojęcia o klasycznej kompozycji obrazu, przynajmniej nigdy się tego nie uczył. To nie sprawiło, że miałem jakąś specjalną ochotę robić zdjęcia, to była po prostu jedna z funkcji, którą ojciec pełnił w domu. Chociaż faktycznie zacząłem robić zdjęcia bardzo wcześnie, jako dwunastolatek. Pierwszy aparat kupiłem w byłym Związku Radziecki. Obsługiwałem Smienę bez świadomości tego, jak się powinno komponować zdjęcie. Zrobiłem na tym aparacie kilka filmów samodzielnie. Ale też czułem brzemię fotografii mojego ojca. Jako nastolatek miałem taką dziwną potrzebę fotografowania ulotnych zjawisk, rzeczy, które za chwilę mogą zniknąć lub starszych członków rodziny, bo być może za chwilę umrą. W pewnym sensie miałem w nim wzór do naśladowania.

A jeśli mógłbyś nazwać kogoś swoim mistrzem, kto by to był?

Miałem wielu takich ludzi. W zasadzie, jak się nad tym dobrze zastanowić, to nic sobie nie zawdzięczam. Na przykład ktoś nauczył mnie różnych sztuczek związanych z ciemnią, ktoś dawał mi za darmo stare przeterminowane filmy przez długie lata. W zasadzie to była jedna i ta sama osoba, jeden z moich pierwszych nauczycieli – Zbigniew Wróblewski – pracujemy teraz w jednej szkole w Szczecinie. Od niego nauczyłem się wielu rzeczy. To jest to pokolenie fotografów, którzy wszystko potrafili zrobić własnoręcznie. Pokolenie, które całą technologię fotografii analogowej ma w jednym palcu. I on faktycznie nie bronił mi tej wiedzy. Po drodze było też wielu innych ludzi, którzy zarażali mnie różnymi stylami, pomysłami. Jak na przykład fotografia otworkowa. Tu też jest taka ciekawostka, że pierwsze zdjęcie otworkowe zrobiłem na podstawie zdjęcia i artykułu Zbigniewa Tomaszczuka. Miałem nawet później okazję poznać go bliżej. Po latach wydał książkę o fotografii otworkowej, gdzie też zostały opisane moje projekty. To są takie ciekawe zakręty losu, bo Zbigniew Tomaszczuk to człowiek, który mnie w pewnym sensie zainicjował do tych eksperymentów. On nawet chyba nie jest tego świadomy. Było też wielu ludzi na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, którzy zarażali mnie podejściem nie tylko do fotografii, ale ogólnie do sztuki.

Poruszasz się w kręgach sztuki, w której praca koncepcyjna odgrywa dużą rolę. Sam zresztą wielokrotnie mówiłeś, że interesuje Cię proces twórczy i idea. Skąd czerpiesz inspirację?

Moje wcześniejsze projekty były związane z tym, co mówisz. Chodziło mi o akcję, sam proces dziania się. Opracowywałem koncepcję, która w jakichś potencjalnych warunkach może zaistnieć i obserwowałem później, czy ona faktycznie w taki sposób się wydarza. Czasami po tych akcjach nie zostawało nic, nie ma w ogóle żadnych śladów, czasami nawet nie ma dokumentacji. Efekty wizualne niekoniecznie są najważniejsze, niekoniecznie są w ogóle atrakcyjne.

A projekt „Przesilenie”?

To dziwna historia. Jak bym tego nie powiedział, to i tak to zabrzmi nieprawdopodobnie. To jest tak odmienne od tego, co robiłem wcześniej, że jest to w ogóle podejrzane. Jakbym to nie ja robił. Zdjęcia są cyfrowe, ale przede wszystkim to nie jest projekt wymyślony, choć rządzi nim pewnego rodzaju myśl koncepcyjna. Te obrazy mi się przyśniły. W miejscowości, gdzie rozpocząłem realizację tego cyklu, zetknąłem się wcześniej z przedmiotem, który służył w bardzo dawnych czasach ludziom do różnych rytuałów. Po tym kontakcie po upływie kilku miesięcy zaczęły występować u mnie takie dziwne doświadczenia, sny, czucie czyjejś „obecności”, itd..

Co to był za przedmiot? Ty go znalazłeś?

To była taka laska z rogu łosia z falistymi rytami oraz postacią człowieka. Znalazł to na polu mieszkaniec wsi Powalice i oddał moim rodzicom, którzy tam żyją, a ja zaniosłem do muzeum archeologicznego w Szczecinie. Teraz obiekt ten jest w zbiorach muzeum, ale miałem ten przedmiot u siebie przynajmniej przez dwa miesiące, zanim go oddałem. Domyślałem się, że jest stary. Nie myślałem jednak, że aż tak stary, jak się okazało. Ma ok. trzynaście tyś. lat. Kiedy zaczęły mi się śnić te obrazy, to dla mnie było czytelne, że to ma z tym związek.

Jesteś jednak uznawany za fotografa otworkowego. Projekt „Solaris” urósł do rangi międzynarodowego. Powiedziałeś, że męczy Cię ta łatka. Co miałeś na myśli?

Nie chodziło mi o samą łatkę „otworkowca”, tylko bardziej o to, że obecnie, mówiąc o fotografii otworkowej, myśli się o dość atrakcyjnych wizualnie fotografiach – maksymalna głębia ostrości, niesamowite zniekształcenia perspektywy i przestrzeni i o tym, że te obrazy są często nostalgiczne, magiczne. Powiem szczerze, że te cechy fotografii otworkowej mnie jak najmniej interesują.

Dlaczego więc się tym zajmujesz?

Interesuje mnie potencjał związany z długimi czasami naświetlania. Aparaty buduje się w sposób bardzo łatwy, a można je tak konstruować, że potęgują „nieludzkie” widzenie. To, którego my nie jesteśmy w stanie doświadczyć. W swoich projektach wykorzystywałem camerę obscurę na różne sposoby. Współtworzyłem autobusy, które były mobilnymi camerami obscurami, robiłem otworkowe animacje. Czy właśnie projekt „Solaris”, gdzie kamera otworkowa została użyta dlatego, że umożliwia długi czas naświetlania. Projekt polegał na ciągłej, półrocznej rejestracji nieba w różnych częściach świata od przesilenia do przesilenia. W zależności od konstrukcji aparatu można na zdjęciach zobaczyć różne nakładające się na siebie cykle. Zmiany pogody, siłę wiatru, wędrówkę Ziemi po orbicie okołosłonecznej, różne wypadki losowe.

Nad czym teraz pracujesz?

Nadal jest mi bliskie koncepcyjne podejście do fotografii. Tworzę kolekcje obrazów, gdzie wykorzystuję jakiś pozafotograficzny problem – obecnie śledzę różne adaptacyjne formy życia w industrialnym pejzażu mojego miasta. Wykorzystuję też potencjał fotografii do badania tego, jak fotografia bywa doświadczana. To mnie właściwie najbardziej interesuje.

Dziękuję Ci za rozmowę.

Ja też dziękuję.

P.S.

Gabrielo, rewelacyjna praca. Dziękujemy! 🙂

Iza Zdziebko